powiat nowomiejski

Gajewski Łukasz

Tubylcy

Piękny słoneczny dzień, na niebie żadnej chmurki, a ja zamknięty w domu. To prawdziwy skandal i wielkie nieporozumienie. Jednym słowem „Świat według Kiepskich” plus nowe wydanie miesięcznika „Banda Trojga”. Dziadkowie w iście przerażającym amoku planują wyjazd na wieś, kto to słyszał? W mieście przynajmniej mógłbym od czasu do czasu pod czujnym okiem Babci oczywiście poserfować po Internecie w poszukiwaniu ciekawego tematu, a tak? No i kumple, a tam dziadkowie i bezkresna przestrzeń. Koszmar!

Ciekawe czy tam w ogóle jest elektryczność? Ale dość, bo znowu narażę się na komentarz typu „Ty mały mieszczuchu?”

- Tomku, Tomku gdzie jesteś?

- Tu jestem, babciu.

- Wiesz ile rzeczy trzeba jeszcze przygotować przed wyjazdem?

- Wiem, wiem, niestety..

- Przygotowałeś listę rzeczy, które chcesz zabrać? Chciałabym ją zobaczyć, może wymaga modyfikacji,

-Mam ją w głowie, babciu!

- Tak, tak jesteś jak dziadek, on też ma wszystko w głowie, a później nie ma podstawowych rzeczy,

- Jutro wyjeżdżamy, masz być spakowany.

- Ok, ok babciu, będę.

No i po wakacjach dla świętego spokoju warto byłoby, chociaż o tym pomyśleć. Tylko gdzie jest plecak?

- Uwaga, uwaga pociąg intercity relacji Warszawa – Giżycko wjedzie na tor czwarty przy peronie drugim...

- To nasz, pospieszcie się, bo zostaniemy na peronie z tymi walizkami.

- Tak jest babciu!

-Tomek, nie ociągaj się!

Uf! Przynajmniej jesteśmy już w pociągu. A teraz upojne sześć godzin w przedziale w trzydziestostopniowym upale. Zapadnę chyba w letarg, tak będzie najbezpieczniej.

- Giżycko. Tomek obudź się śpiochu, zaczyna się przygoda.

- Rany, ten entuzjazm nie najlepiej rokuje na najbliższe tygodnie!

Hm dom Pani Stasi, żadnego komputera, jejku, o rany nadzieja matką głupich.

-Tomku, pozwól przedstawię Ci wnuczkę Pani Stasi – to jest Ania. Proszę może pójdziesz z nią i pokaże Ci najbliższą okolicę.

- Ok. Cześć Aniu!

Rany baba! Żeby, chociaż jakieś spodnie. No nie za wiele chyba wymagam. Chuda, ruda i piegowata...Super!

- Możemy pójść nad jezioro i posiedzieć przy pomoście albo pochodzimy po lesie, co Ty na to? Ok. Niech będzie. Czy tu jest jakaś kawiarenka internetowa?

- Oczywiście i to nie jedna. Mamy też klub, w którym się zbieramy popołudniami, chociaż latem wolimy spędzać czas na świeżym powietrzu.

Wiesz, rower, żaglówka, piłka, piękna pogoda, szkoda spędzać ten czas przed ekranem. O, idzie Adam. To jest mój kolega ze szkoły. Poznam Cię z nim. To bardzo fajny chłopak, lubi żagle, mógłby Cię zabrać ze sobą.

- Nie dzięki, woda mnie nie kręci, szkoda czasu tam się przecież nic nie dzieje.

- Mylisz się, sama umiejętność żaglowania jest bardzo ciekawa, po prostu chyba jeszcze nie próbowałeś.

- Hm pozwól, że pozostanę przy swoim zdaniu.

- Cześć Aniu!

- Serwus Adam! To jest Tomek. Przyjechał z dziadkami na wakacje. Mieszkają u mojej babci.

- Hej, miło mi - powiedział Adam, wyciągając rękę.

- Cześć!

- Właśnie próbujE namówić Tomka na żagle. Wybierasz się w najbliższym czasie?

- Tak jutro. Jeśli wam pasuje, to nie ma sprawy. Będzie też Marcin, możemy razem popływać, będzie pełen skład, jeden nowicjusz nam nie zaszkodzi, a wręcz przeciwnie można będzie przewietrzyć informacje.

- To jak, o której się spotykamy, planowaliśmy odbijać o szóstej, pasuje wam?

- O szóstej? chyba żartujesz, poza tym usiłowałem to wyjaśnić swojej przewodniczce, ale o dziwo, a może wręcz przeciwnie, jak to baba w ogóle nie słucha, co się do niej mówi.

- Spoko chłopie, nie masz ochoty, nikt Cię nie będzie ciągnął na siłę

- I całe szczęście, a skoro jesteśmy przy temacie rozrywek, to może Ty udzielisz mi informacji, gdzie znajduje się najbliższa kawiarenka internetowa?

-Na najbliższym rogu, panie miastowy. Jeśli chcesz się opalać przed monitorem, to twoja sprawa.

- Super! To narka.

- Tomek, Tomku!

- O rany, znowu babcia i już po kompie.

-Tak babciu?

-Idziemy nad jezioro? Pójdziesz z nami, mam nadzieję?

- Tak, chodźmy. Byle szybko miałem plany na dzisiejsze popołudnie.

- Mam nadzieję, ze komputer nie był tym celem?

- W zasadzie tak

- Wybij to sobie z głowy.

- Dobra, chodźmy już nad to jezioro.Piękno przyrody nie interesowało naszego Tomeczka. Ślimaczył się za dziadkami ze spuszczoną głową, zdecydowanie wszystko mu przeszkadzało i niezmiernie drażniło. Od nadmiaru świeżego powietrza dostawał mdłości. Nie patrząc gdzie idzie, po prostu stracił ich z oczu. Kiedy podniósł wzrok utkwiony we własne buty, przekonał się, że znajduje się w lesie, a wokoło brak drogowskazów i co najgorsze żywej duszy. - No pięknie – pomyślał.

-Tylko tego brakowało, nie ma co, piękne zakończenie dnia. Do diaska, gdzie ja jestem, zdecydowanie nie jest to Marszałkowska, może chociaż jakiś tramwaj? W lewo czy w prawo? Ok, ok., tylko spokój może Cię uratuje chłopie. Dobra w lewo, to mi zawsze dobrze wychodziło. Skierował się, więc nasz entuzjasta przygód w kierunku północnym, jak mu się wydawało, a po przejściu kilku kroków usłyszał złowieszczy trzask i poleciał w dół z całkiem sporą prędkością, porównywalna z pędzącym tramwajem, o którym tak marzył kilka minut wcześniej. No i cóż, ocuciła go z tych marzeń twarda ziemia jakieś dwa metry niżej. Zdezorientowany i obolały leżąc bez ruchu, zaczął zastanawiać się nad swoich położeniem. Zdecydowanie stwierdził - w przebłysku czarnego humoru: „ No dobra! Ciemno, głucho i do domu daleko! Cholera tego tylko brakowało.”

-Hej ratunku, ratunku, pomocy, help!

No to by było na tyle jeśli chodzi o szybką i skuteczną pomoc. Nie ma to jak miejscowości, gdzie liczba mieszkańców na jeden kilometr wynosi dziesięć osób i cała dziesiątka jest właśnie nad jeziorem. Po chwili zaczął sprawdzać czy wszystkie kości pozostały na swoim miejscu i stwierdziwszy że tak, dźwignął się najpierw na kolana, a później stanął na dwóch nogach. Ok., są dwie, nadal dwie. Ciemno, bracie, ciemno – zaczął sobie pomrukiwać. Obmacując kieszenie, znalazł zapalniczkę. Zabrał ją wcześniej w zupełnie niewinnym celu oczywiście. Zapaliwszy ją stwierdził, że znajduje się w tunelu a nie w dziurze, jak mu się wcześniej wydawało. Tymczasem a tunel ma trzy kierunki. I bądź tu mądry brachu! Dobra lewa strona była pomyłką tym razem idziemy w prawo, to znaczy ja i mój mały rozumek. Cóż, jak pomyślał, tak uczynił. Uszedł zaledwie parę kroków i znowu znalazł się na kolanach. No super, znowu parter. Kilka minut zajęło mu odszukanie zapalniczki. Ok. Nie jest źle, jest światło. Dobra, znowu prosto i do przodu. Skoro jest tunel, musi być i wyjście. Szedł, szedł i szedł i tak dalej, i tak dalej. Uszedł tak dobre dziesięć metrów i zamarł z przerażenia. Włosy stanęły mu dęba, szczeka opadła, a z gardła zaczęły wydobywać się tony zbliżone do wyjącego alarmu samochodowego. Na wysokości jego oczu znajdował się bowiem piękny, nagi kościotrup nieustalonej płci. Po pierwszym szoku odskoczył w tył, odbił się od ściany i padł jak długi u stóp ludzkich szczątek. Całe szczęście, że oplecione były korzeniami, inaczej przysypałby go strumień kości.

- Matko kochana – jęknął przeciągle. Nie, to niemożliwe, nieprawdopodobne, to mi się tylko śni, nie, nie śni, to się w ogóle nie wydarzyło, mnie tu nie ma, nie ma i już. Pozbierał się i w ciemności zaczął biec przed siebie. Nie było szans, by w takim dzikim pędzie płomień zapalniczki nadal się palił. - Dobra, spoko, nie widziałem tego, idę dalej, idę dalej, idę dalej…. Miejmy nadzieję, że więcej atrakcji nie będzie, a na dzisiaj wystarczy, zdecydowanie wystarczy. Dobra postój trzeba się zastanowić, co mi zostało – mogę wyć, krzyczeć, względnie posiusiać się ze strachu albo iść dalej. Kwestia ewentualnego powrotu tą sama drogą nie wchodzi w grę, o nie! Indiana Jones też nie wchodzi w grę, poza tym z moim szczęściem zamiast skarbu i miłego towarzystwa, dostanę w promocji drugiego kościotrupa. Popatrzmy na to z drugiej strony, szukajmy pozytywnej strony. Hm, nie ma żadnej. Przemyślawszy sprawę, ruszył przed siebie żwawym krokiem, no powiedzmy, że ruszył z kopyta. Idąc i pogwizdując sobie dla poprawy samopoczucia, usłyszał jakieś dziwne dźwięki. – Matko, jęczący kościotrup to już ponad moje siły. Jeśli kiedykolwiek stąd wyjdę, trafię do pokoju bez klamek, to pewne. Już miał przyspieszyć, żeby uciec przed niepokojącymi dźwiękami, kiedy usłyszał niewyraźne „ Cholera”. – Hm, kościotrup? I po chwili znowu to samo. Stanął i zaczął się zastanawiać: odwrócić się, czy nie odwrócić? Dobra gorzej chyba nie może być, co najwyżej będzie parka w końcu do wszystkiego można się przyzwyczaić. Raz, dwa, trzy i półobrót. Skierował wzrok w dół i zobaczył w słabym świetle zapalniczki majaczące kontury jakiejś postaci. I nie była to biel kości. Powoli podszedł bliżej by w końcu przekonać się, że ma do czynienia z żywym człowiekiem i był to zdecydowanie osobnik płci męskiej. - Uf, całe szczęście! Jednak opatrzność nade mną czuwa, nie jest to baba.

-Hej chłopie, słyszysz, nie jesteś sam!

- I co z tego?

- No i przemówił wreszcie ludzki głos. Nigdy nie kręciła mnie historia o Robinsonie Cruzoe.

- Witaj chłopie, jak Cię zwą?

- Mów mi Bolo. Czego chcesz i kiedy znikniesz? Twój poprzednik był ze mną jakieś pięć minut.

- Co proszę?

- Pięć minut mówię, głuchy jesteś? Ten poprzedni był lepszy, więcej słuchał, mniej gadał.

- No dobra, nie mam czasu ani na monologi, ani na pogaduchy, bo na kolację chcę być w domu. Wstawaj Bolo, idziemy!

-Chyba żartujesz, pogadać z fatamorganą to w ostateczności mogę, ale łazić z nią nie będę.

-Hm, tak ci się tylko wydaje. No dalej, idziemy, nie mam czasu na zewnątrz szlochająca babcia i łysy dziadek, włosów z głowy rwać nie będzie, ale zmartwień też nie chcę im przysparzać, czas do domu.

-Nie szarp mnie, rany, co za upierdliwy człowiek, w życiu bym wcześniej nie pomyślał, że mam tak bogatą wyobraźnię, nie dość, że gada to jeszcze porusza kończynami.

- Słuchaj, masz może jeszcze do tego imię?

- Tak mam, ale o tym to pogadamy już po drodze.

- Nie mogę wstać, boli mnie noga, nie wiem czy przypadkiem niezłamana.

-Dobra, pomogę Ci, jakoś się razem doczołgamy. Podnoszenie Bola to prawdziwe wyzwanie, ale czego się nie robi w takiej sytuacji. Poodbijali się od ściany kilka razy, zanim stanęli w pionie, ale warto było.

- Jak myślisz chłopie, co jest za zakrętem?

- Kolejny dzień, kolejny dzień i nic innego.

Ruszyli a raczej zatoczyli się dalej w niewiadomym kierunku.

- Może jakaś pieśń, co?

- Proponuję „Legia to jest potęga”

-Radzę Ci zamilcz. Boże krawaciarz! Nie to niemożliwe, akurat dziś, akurat tutaj spotkałem legionistę i nawet tyłka nie mogę mu skopać!

- Nie denerwuj się Bolo, chciałem Cię tylko rozruszać.

- No to Ci się udało chłopie.

- A tak na marginesie, jestem Tomek Wilmowski.

- Niech Ci będzie, może być i Tomek.

- To zaproponuj coś innego, ja nie jestem wybredny.

- Nie mam siły, mogę ostatecznie pojęczeć na jakąś melodię.

- To lepiej chodźmy w milczeniu. Jak powiedział, tak zrobili i z nadzieją na światełko w tunelu ruszyli zgodnie w tę sama stronę a nawet tą sama nogą.

- Skąd jesteś Bolo?

- Jesteś tubylcem?

- Tak, a co rozmiar buta też mam Ci podać?

- Czemu nie, jakoś trzeba uprzyjemniać czas.

- Stawiam na, poczekaj zerknę, na 40 – zgadłem?

- I tak mi się śnisz, a ja nie lubię mądrali we własnym śnie, nachalnych gości z aspiracjami na bohaterów też nie.

- Więc co proponujesz?

- Chcę się obudzić, nudzi mnie już ten sen.

- To nie sen, uparty ośle, jesteśmy tu gdzie jesteśmy i musimy się dostać do cywilizacji. Guzik mnie obchodzi czy ci się to podoba czy nie. Ja idę a ty razem ze mną i basta.

- Dobra tylko gdzie?

-Do przodu, cały czas do przodu.

- A jutro pójdę na żagle, rower i co tam jeszcze, mam dość wrażeń.

Wędrówka w takim nastroju, ze skwierczącym w tle konflikcie dłużyła się w nieskończoność. Ciemno, nudno, ale mimo wszystko razem raźniej.

- Ciekawe, co to właściwie jest i kto to wydrążył, przecież sam się nie zrobił prawda, krety też go raczej nie stworzyły

- Nie wiem, ale w tej okolicy wiele się mówiło o jakiś poniemieckich bunkrach.

- Ja się nie zamierzam nad tym zastanawiać, niech tu wchodzą archeolodzy.

- Myślisz, ze pozwolą nam popatrzeć na swoją pracę, w końcu to my im po wyjściu dostarczymy informacji.

- Skoro tak stawiasz sprawę, to może i tak. - Fajnie byłoby tu wrócić z porządną ekipą, tych tuneli jest w końcu kilka, w którymś z nich musi być coś ciekawego.

- Hej, popatrz coś tam świta w oddali i nie jest to moja wyobraźnia.

- Faktycznie, coś tam majaczyło, skoro docierają tu promienie słoneczne to musi być i wyjście, nie ma mocnych. Jeszcze tylko parę kroków i wolność, słodka wolność. Tunel zaczął, niestety się zwężać i obydwaj musieli czołgać się ku tej upragnionej wolności.

Bolo zapomniał o uszkodzonej kończynie, a Tomek o uszczypliwościach kompana. Na zewnątrz padli obydwaj na ziemię i wpatrzeni w niebo zaczęli snuć wizję jutrzejszego powrotu do nieprzyjemnych korytarzy, z ekipą czy też bez niej.

◄cofnij    ▲do góry