powiat ostródzki

Czerniak Magdalena

Historia pewnej niedzieli

W starym domu, położonym na przedmieściach Morąga, blisko cmentarza Dury, od dawna nikt nie mieszkał. Powiadano, że ostatni właściciel przeraził się straszących tam duchów i wyprowadził się po dwóch miesiącach mieszkania. Od tej pory dom stał pusty. Dopiero niedawno ktoś go kupił.

Byli to Janina i Antoni Karscy, ciotka i wujek Tomka Wilmowskiego. Tomek przyjechał do nich na wakacje. Z miejsca polubił Morąg i znienawidził okolicę, w której przyszło mu mieszkać. Sam dom był wielki, ale ponury i posępny. Z okna pokoju Tomka widać było cmentarz Dury i jezdnię. Wszystko to napawało Tomka smutkiem i niechęcią do tego miejsca. Bardzo współczuł swoim kuzynom, Irenie, Zbyszkowi i Witkowi. On miał spędzić w tym domu tylko wakacje, oni całe życie.

Początkowo Tomek wraz z kuzynami chodził na długie wycieczki do miasta, ale z czasem ciotka Janina zabroniła im tych wypadów. Mogli do Morąga jeździć tylko w niedzielę

i to w towarzystwie dorosłych. Nie było oczywiście żadnej mowy o pieszych wycieczkach, do Morąga mogli jeździć wyłącznie autobusem lub busem. Ciotka Janina obawiała się, że jeżeli pójdą na piechotę, wpadną pod jakiś samochód lub się po prostu zgubią.

Tomek nie miał pojęcia, jak kuzyni będą po wakacjach dojeżdżać do szkoły. Prawdopodobieństwo, że ktokolwiek z uczniów mieszkał w Durach było bardzo znikome. Na szczęście podstawówka Zbyszka i Witka była blisko domu, a Irena (zdaniem ciotki Janiny) była na tyle duża, że mogła dojeżdżać autobusem do swojego gimnazjum. Bracia bardzo zazdrościli Irenie. Sami bardzo lubili jeździć miejskimi autobusami, ale rodzice rzadko im na taką jazdę pozwalali. Witek nawet raz powiedział:

- To niesprawiedliwe, żeby ona mogła jeździć, a my nie. Co z tego, że ma prawie piętnaście lat? Myszy się boi, podskakuje jak ktoś obcy się do niej odezwie. Kiedy zobaczy choćby przez okno jakiegoś pijaka to umrze na zawał ze strachu i tyle będzie z jej podróży.

Powiedział to w ostatnią z lipcowych niedziel, jedną z tych niedziel, które zaczynają się okropnie. Od samego rana padało i ciotka Janina odwołała cotygodniową wycieczkę do miasta. Nie można było nawet włączyć komputera, ani telewizora, gdyż ciocia obawiała się burzy. Tomek i kuzyni siedzieli więc naburmuszeni w ciemnym salonie i zabijali czas pogawędkami o niczym. W pewnej chwili pogawędki o niczym zamieniły się w całkiem porządną kłótnię między rodzeństwem i zaczynało robić się ciekawie, gdy zadzwonił nagle dzwonek do drzwi.Otworzyć poszła Irena.W progu stała jakaś niemłoda już kobieta, miała może z sześćdziesiąt lat. Nie przypominała jednak tych staruszek, których jedynymi atrakcjami są odwiedzanie cmentarzy. Miała długie, kręcone włosy w kolorze stalowoszarym. Opadały jej z gracją na ramiona. Twarz kobiety była zaledwie trochę pomarszczona. Nie była także zgarbiona ani niska, raczej wysoka i wyprostowana jak struna. Ubierała się też raczej elegancko – miała na sobie kremowy żakiecik, wyglądający na bardzo drogi, i pasującą do niego długą beżową spódnice. Jej pantofle były na wysokim obcasie, dzięki czemu wydawała się o kilka centymetrów wyższa.

Irena lekko zgarbiła się i skuliła się w sobie, co miało oznaczać, że czuje dystans przed nieznajomą i trochę boi się tej kobiety. Witek miał racje, Irena była bardzo nieufna wobec obcych. Tomek natychmiast pospieszył jej na pomoc.

- Dzień dobry. – powiedział grzecznie. – W czym mogę pani pomóc?

Nieznajoma uśmiechnęła się lekko na widok młodego, przystojnego chłopaka. Uśmiech miała prześliczny, nieco rozjaśniał jej surową, ponurą twarz.

- Rodżycze. – powiedziała wyraźnie, lecz z silnym akcentem. – Proszę rodżycze.

Irena kiwnęła głową i pobiegła na górę. Po chwili wróciła z ciotką i wujem.

- Słucham? – zapytał uprzejmie wuj Antoni. – W czym mogę pani pomóc?

- Nemecky. – powiedziała nieznajoma. – Czy mówi pan po nemeycku?

Wuj Antoni bardzo zdziwiony pokiwał głową.

- Tak. – rzekł i po niemiecku powtórzył już wcześniej zadane pytanie: „w czym mogę pani pomóc”.

- Skarb schowałam. – powiedziała w swoim ojczystym języku nieznajoma. Ciotka Janina półgłosem przetłumaczyła zdanie dzieciom. – Właściwie nie skarb, ale broszkę. Złotą, wysadzaną rubinem i perłami. Jest u nas w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Mój brat schował ją przed wyjazdem z Polski, ale umarł we Francji i nie zdążył mi powiedzieć, gdzie. Wiem tylko, że list ze wskazówkami leży gdzieś na strychu. Mogę wejść i poszukać?

Wuj Antoni spojrzał na nieznajomą spokojnie i uważnie.

- Jeszcze o tym porozmawiamy.

W ciemnych oczach nieznajomej pojawił się złowróżbny błysk. Widać nie przywykła do tego, aby jej odmawiano. Ale gdy się odezwała, jej głos brzmiał bardzo spokojnie.

- Ależ proszę rozmawiać z moimi pełnomocnikami! Przyjechałam ze swoją córką i zięciem, niech z nimi pan ustala szczegóły. A tymczasem ja sobie odpocznę… mogę usiąść? Ten fotel wygląda na bardzo wygodny. Dziękuję. Proszę chwilkę poczekać, moja rodzina zaraz tu będzie.

Po dwóch, trzech minutach drzwi otworzyły się ponownie i stanęła w nich jasnowłosa kobieta w różowej sukience i wysoki, przystojny brunet w dżinsach i skórzanej kurtce. Oboje byli bardzo przemoczeni. Ze włosów kobiety lała się woda, wprost na podłogę, ale ciotka Janina nie zwróciła na to uwagi. Pochłonięta była obserwowaniem małżeństwa. Nie spuszczała oczu z córki nieznajomej.

- Sabine? – spytała wreszcie. – Sabine von Ratzening?

- Janka? – zdziwiła się kobieta. – Janka Kowalska! Sto lat się nie widziałyśmy!

Z dalszej rozmowy Tomek dowiedział się, że pani Sabine i ciotka Janina w czasie studiów bardzo się przyjaźniły i mieszkały w jednym pokoju w akademiku. Ale po skończeniu studiów Sabine wyjechała do Niemiec i kontakt się urwał. Ciotka Janina wydawała się bardzo zadowolona ze spotkania. Odmłodniała o kilka lat, chociaż duch wciąż miała ten sam. Zakręciła się, pokazała gościom, gdzie jest łazienka (aby mogli się osuszyć), a sama znikła w kuchni. Po chwili wróciła z pięcioma filiżankami mocnej herbaty (dla dorosłych), trzema szklankami soku pomarańczowego (dla dzieci) i talerzem kruchych ciasteczek.

- Ależ oczywiście, że możecie rozejrzeć się po strychu! – powiedziała ciotka, gdy tylko siedli do stołu. – Po podwieczorku dzieci i nasi mężowie oraz twoja mama pójdą na strych, a my wygadamy się za wszystkie czasy, co nie Sabine? A teraz może opowiedzcie nam trochę o tej broszce, jesteśmy z Antonim bardzo ciekawi…

Mąż pani Sabine, pan Richard (też dawny znajomy cioci, tak jak ona i pani Sabine skończył polonistykę) zaczął opowiadać. A mówił szybko, dużo i ciekawie. Tomek bardzo się zainteresował historią.

- Jednym z problemów mieszkańców Morąga był wywóz nieczystości. Miasto było brudne, można było powiedzieć, że w Morągu panowała śmierć. Zbierała ona w Morągu obfite żniwa, szczególnie podczas wielkich epidemii, które powtarzały się z nieuchronną regularnością. Szczególnie rok 1427 zapisał się pod tym kątem w historii Morąga. Zginęło wtedy 38 tys. mieszczan i szlachty, 5 tys. służby, 18 tys. dzieci… Prawdopodobnie czterdzieści morąskich domów zostało objęto kwarantanną. Jednym z nich był dom bogatego szlachcica. Jego córka w panicznym strachu przed śmiercią uciekła z domu. W bezpieczne miejsce zawiózł ją ogrodnik ojca, przodek Sabine. W podziękowaniu dziewczyna podarowała mu swoją broszkę. Ogrodnik ofiarował ją córce, ona swojemu dziecku, i w ten broszka córki szlachcica jest już od pokolenia na pokolenie w naszej rodzinie.

- Na początku drugiej wojny światowej spotkałam swojego nieżyjącego już męża. Oczywiście, wtedy jeszcze nie był moim mężem. – wtrąciła się matka Sabine, pani Anne. – Mieszkał w Berlinie, a ja pojechałam za nim. Nie chciałam brać ze sobą broszki, dlatego zostawiłam ją swojemu bratu, Fryderykowi. Miał ją schować w bezpiecznym miejscu. Niestety, umarł zanim zdołałam się z nim skontaktować. Wiem tylko, że schował wskazówkę na strychu. Tak na wszelki wypadek. Teraz, na stare lata, bardzo bym chciała odzyskać broszkę. Chciałabym umrzeć ze świadomością, że wiem gdzie ona jest i że broszka znowu będzie przekazywana z pokolenia na pokolenie.

- Broszka rzeczywiście była piękna. – wtrąciła się pani Sabine. – Nie widziałam jej nigdy, ale mama opowiadała mi, jaka jest prześliczna. Miała zapięcie ze szczerego złota i była w kształcie fali. Składała się z dwóch dużych pereł (z lewej i z prawej strony), a pośrodku błyszczał wspaniały, czerwony rubin. Broszka była naprawdę śliczna.

- No to chodźmy jej poszukać. – zaproponował wujek Antoni, wstając ze stołu. Za jego przykładem podążyli inni. Nawet pani Sabine i ciotka Janina, a przecież zamierzały „wygadać się za wszystkie czasy”.

Na strych prowadziły wąskie, kręte schody. Wyglądały na takie, z których się bardzo łatwo spada. Dorośli poszli przodem, dopiero za nimi dzieci. Irena szła ostatnia. Kurczowo trzymała się poręczy, kroki stawała bardzo ostrożnie. Tomek przypomniał sobie, że kuzynka ma przecież lęk wysokości.

Strychy są zazwyczaj ponure i posępne. Strych domu Karskich pod tym względem niczym się nie różnił. Ściany były szare od kurzu, podłoga była w całości zasłana stosami pożółkłych papierów z naderwanymi brzegami a stare, antyczne meble sprawiły, że pomieszczenie wyglądało jak gabinet pisarza z XIX lub XX w. Ale mimo to, na strychu panowała jakaś tajemnicza atmosfera i to właśnie był duży, jedyny atut tego posępnego pomieszczenia.

- Jak tu cicho… - powiedziała szeptem Irena. Pani Anne usłyszała jej wypowiedź

i pomyślała, że najstarsza córka Karskich wcale nie jest taka rozsądna na jaką wygląda.

- A jak ma być, głośno? – zdziwiła się. Jej donośny głos odbił się echem od ścian. – Od prawie stu lat tam nic nie chodził, nie licząc mojego brata i mnie oczywiście… No, ale opowiem wam później, teraz kochani, zabierajmy się do roboty. Jak coś wyda wam się podejrzane, krzyczcie!

„Coś podejrzanego” znaleźli dość szybko. I była to oczywiście Irena. „Jej wszystko się udaje” – mruknął nawet Zbyszek zazdrośnie.

- Wcale nie wszystko! – zawołała Irena. – Nie udało mi się na przykład dostać szóstki z wf-u. Co tam szóstka, ledwie na tróję się obroniłam!

- Bo łamaga jesteś i tyle… - powiedział Witek ze złością.

Irena wymierzyła bratu bolesnego kopniaka, dzięki czemu jej złość wyparowała wraz

z uderzeniem.

- No dobrze, nie kłóćcie się, tylko powiedz Irenko co tam masz! – wykrzyknęła pani Sabine.

Irenka podniosła kartkę na wysokość oczu i spiżowym głosem odczytała napisane na niej słowa.

- OK., czytam. „Droga Anne, pośpiech sprawił, że piszę szybko i niewyraźnie, ale sądzę, że mnie odczytasz, zresztą, pewnie nie będzie takiej potrzeby, niedługo się z tobą skontaktuję. Broszę schowałem niedaleko miejsca gdzie wchodziłaś szybko i zwinnie, zupełnie jak wiewiórka. Powiedziałem ci to wtedy Wiesz już o co chodzi, jestem tego pewien. Twój brat, Fryderyk.” I co, już pani wie?

Anne kręciła głową.

- Ach, mój Boże, nie mam pojęcia. Na tyle drzew weszłam… Ach, ten głupek, Fryderyk, mój brat! Przynajmniej dwa razy mówił o tej wiewiórce, ale kiedy nie mam pojęcia… Pierwszy raz mówił tak, kiedy wchodziłam na drzewo – ale które? Boże, Boże…

- Może schował broszę na tym dębie, niedaleko waszego domu, o którym tyle mi opowiadałaś? – spytała nieśmiało Sabine.

- Nie, nie, drzewo mogli przecież ściąć, zresztą pewnie to zrobili. Nawet Fryderyk nie byłby tak głupi, nie doceniasz dziecko swojego wuja! Powiedział to drugi raz, zupełnie gdzie indziej, ale gdzie… Boże, Boże…

- No to po broszce… - Sabine uklękła na podłodze. Bardzo się zmartwiła. – Znając pomysłowość wuja, pewnie ją gdzieś zamurował.

- Powtórz to jeszcze raz. – zażądała Anne.

- No to po broszce.

- Nie, to ostatnie słowo.

- Zamurował… Mamo, przypomniało ci się coś?

Pani Anne zignorowała córkę i zwróciła się prosto do ciotki Janiny.

- Są tu jeszcze resztki murów obronnych?

Ciotka kiwnęła głową.

- No, to świetnie. Jedziemy tam. Wszyscy! Bez wyjątku!

- Ale mamo, pada deszcz… Może będzie burza… Poczekajmy aż się rozjaśni!

- Nie zawracaj mi głowy głupotami! Mamy samochód, dojedziemy raz dwa! Idziemy!

I zupełnie jak nie na staruszkę przystało, zbiegła żwawo po schodach i nie zważając na deszcz, wsiadła w samochód.

- O, Boże… - westchnął pan Richard. – Twoja matka zawsze była wysportowana. Ale o taką energię jej nie podejrzewałem…

I także zszedł po schodach. Anne jeszcze gotowa poprowadzić samochód, czego nie robiła od kilkunastu lat. Wolał uniknąć rozbicia najnowszego modelu opla.

„Mury obronne pochodzą z XIV – XV wieku. Zostały wykonane z głazów narzutowych i cegły. Średniowieczne obwarowania miejskie zachowały się jedynie fragmentarycznie. W XIX wieku rozebrano bramę Ostródzką, a także prawdopodobnie bramę Młyńską i zamkową oraz bramę Pasłęcką broniącą dostępu do miasta od zachodu.”

Tak o murach obronnych pisano w przewodniku. Tomek nie wiedział czy to prawda czy nie. Niby właśnie szedł w stronę murów, widział ich zarys, ale deszcz tak rozmywał mu pole widzenia, że nie był w stanie nic zobaczyć. Dopiero gdy podeszli znacznie bliżej, uznał, że owszem, przewodnik może mieć rację.

Anne von Ratzening szybko wbiegła po schodach prowadzących na drugą stronę murów, zupełnie jak młoda dziewczyna. Szła wzdłuż murów przez krótką chwilę, ciągle coś mrucząc

i mówiąc do siebie. Wreszcie zatrzymała się i powiedziała głośno:

- Tak, to tu! W tym miejscu potknęłam się i o mało nie spadłam. Rozpłaszczyłam się na murze, tak strasznie bałam się, że zlecę, że nie mogłam się ruszyć. Byłam sparaliżowana strachem. A wtedy kochany Fryderyk, aby mnie pocieszyć, powiedział, że wiewiórki (tak mnie nazywał) nie spadają. Dzięki niemu wstałam i przestałam się bać, że spadnę. Jestem pewna, że tutaj zakopał skarb! Ricky, weź łopatę!

- Nie mam łopaty. – odpowiedział pan Richard. – Została w bagażniku. I proszę mnie nie nazywać Rickym. Jestem Richard.

- Bardzo niedobze, Richard. – powiedziała po polsku pani Anne. – Jak to miówi młodzież…grzej po łopatę!

Pan Richard wrócił z łopatą po pięciu minutach i wykopał broszkę. Rzeczywiście była śliczna, wysadzana dwoma wielkimi perłami jednym czerwonym rubinem. Starsza pani była

z tego powodu wyraźnie szczęśliwa. Tak szczęśliwa, że popłakała się ze wzruszenia i pan Richard musiał pobiec do samochodu po chusteczki.

◄cofnij    ▲do góry